Blog > Komentarze do wpisu

Koniec sierpnia w Puerto E w wykonaniu E

Wtorek, ostatni dzień wakacji w Polsce, dobiega końca w Meksyku, a w Polsce przeszedł już do historii. Siedzimy na dole w Cinemar. Słuchamy muzyczki, gadamy, popijamy bacardi z sokiem ananasowym. Chciałam wrócić na górę do hostelu w celu skrobnięcia bloga, bo mam takie małe postanowienie, w sumie nie wiem czy o tym pisać bo jak nie wyjdzie to kicha będzie, ale ok. Mam chęć pisać co jakieś dwa dni, trochę krócej ale regularniej, mam nadzieję, że wyjdzie :-)

Zatem chciałam iść na górę ale stwierdzili, że przecież mogę siedzieć w Cienmar i skrobać. Co racja, to racja:-) Pytali czy będę o nich pisała, a ja że to już zrobiłam:-)
Siedzimy z Natalią, Ramiro, Aleksem i Australijką Johanną.

Od dwóch dni właściwie leje. W sumie to ja deszcz lubię, ale jak leje to w niektórych miejscach w hostelu pojawia się więcej wody i trzeba ją odgarniać:-( I tego właśnie nie cierpię.

Ojej, przynieśli kolejną butelkę. Ale w sumie co ja się dziwię, to taki już meksykański standard. A ja yerba matę sobie popijam.

Wracając jednak do deszczu, to przez to wczoraj na plażę wyszłam dużo później. A wcześniej Elena poprosiła mnie abym pomogła jej zanieść pranie do pralni. Ok, chodźmy zatem. Dwie siaty miała, a z jednej wystawał pluszowy miś - też do prania bidulek. Przypadła mi w udziale siata z misiem, więc tak paradowałam z nim. Wstyd trochę mi było, jak natknęłam się na Mike’a z Kanady, no ale trudno. Z resztą chyba mnie nie zauważył, mam nadzieję;-)

Później postanowiłam jednak iść na przechadzkę na La Punta. Chmury były, ale stwierdziłam: co mi tam idę, jak zacznie lać to wrócę. Po drodze na plaży spotkałam Maxa z Włoch, który to przy tworzeniu przeze mnie ostatniego wpisu na blog, też coś skrobał w swoim kajecie.
Pogadali my chwilę z Maxem i poszłam. Czasami kropiło ale szłam dzielnie dalej.
Na La Punta nawet surfowali. A ja na ręczniczku wylegiwałam się. Popadywało na mnie co chwila ale to nic, i tak cudnie.
Chciałam cyknąć foty, ale okazało się, że zapomniałam włożyć kartę do aparatu, więc wybaczcie ale będzie bez aktualnych zdjęć :-(
Kostia, wiem że na nie czekasz ale nie mam, wrucam zatem jakieś z innego deszczowego dnia, co by chociaż w tej samej tematyce się zamknąć:-)

Wracałam z La Punta, po drodze spotkałam znowu Mike’a, który wylegiwał się na leżaku kontemplując okoliczności przyrody. Okazało się, że to jego ostatni :-( Pożegnaliśmy się zatem.

Nauczyłam się ostatnio, że nigdy nie wiadomo kiedy znowu niespodziewanie spotka się kogoś już wcześniej zapoznanego. Tak jak to się stało ze Stefkiem na ten przykład. Kto by przypuszczał, że w Puerto się pojawi :-)

Wróciłam do hotelu, odpoczęłam i porządki.

Następnie chciałam sobie coś upichcić. Gotowały jednak takie dwie Niemki, a kuchnia trochę małą na więcej kucharek. Postanowiłam zatem zaczekać. Później w kuchni pojawiło się ciacho z Argentyny z fasolą i ryżem w ręku. Acha będzie gotował. Więc ja do niego, że w takim razie ja następna w kolejce do gotowania. A on, że mają tyle tej fasoli i ryżu, że starczy dla nich dwóch i dla mnie i żebym z nimi zjadła. Czemu nie :-) Miłe towarzystwo a do tego nie muszę sama gotować, jijijiji.

Robiłam za asystę przy gotowaniu ;-) Jak zobaczyłam tą czarną fasolę to zdziwiłam się jak oni chcą ją ugotować. Normanie taka fasola wymaga długiego gotowania i mają specjalne na to garnki ale w naszej kuchni takiego brak. Do tego pamiętam, jak Nika kiedyś, jeszcze w Polsce, chciała przygotować mi na spróbowanie zupę z takiej fasoli. Gotowała i gotowała i była twarda a zupa miała smak farby drukarskiej. Przepraszam Nika, wiem, że się starałaś ale wiemy obie, że szału nie było ;-)

Chłopaki jednak już wprawione. Wspominałam ostatnio, że jadą taka super wielką furą od Stanów w kierunku Argentyny poprzez co ciekawsze miejsca dla surferów. Jadą już dwa miesiące. Śpią na kempingach lub w samochodzie. Sprzedają swoje ciuchy lub deski surfingowe, żeby mieć na jedzenie i benzynę. To się nazywa przygoda. Nasza meksykańska przy tym wydaje mi się zupełnie mało szalona.

W każdym razie Joaquin, to większe ciacho (jak dla mnie to mogłyby konkurować z Juanem Miguelem z naszej telenoweli ;-)), do gorącej wody wrzuciła fasolę, ja posoliłam, żeby nie było. Pokroił cebulę i dorzucił oraz parę ząbków czosnku. Gotowaliśmy z godzinę i wyszło super:-) Po drodze dorzucił jeszcze trochę ryżu. A w drugim garze ugotowaliśmy jajka na twardo. Ale uczta ;-) Ale wyszło pysznie. A do tego jeszcze w międzyczasie te dwie Niemki skończyły jeść swoje żarcie, jakiś ryż z warzywami i w sosie pomidorowym i zaproponowały mi, że jak chcę to żebym zjadła bo one nie zjedzą wszystkiego co nagotowały. Super. Dorzucimy zatem tą ich papkę i ryż do naszej papki i ryżu i będzie lepszy smak:-) Wyszło super.

I do takiego wniosku doszłam, że najlepiej zabierać się do gotowania na końcu, bo kończy się na tym, że nie trzeba gotować bo zawsze ktoś nagotuje za dużo ;-) Nie ma to jak żyć w komunie ;-)

Zasiedliśmy do naszego żarcia, a wyszedł cały gar, cieszyliśmy się, że wyszło tak dużo, że będzie na śniadanie. Ale wcięliśmy wszystko. Joaquin stwierdził, że jak jest jedzenie to trzeba korzystać i zjeść ;-)
Bardzo fajne i kochane chłopaki :-) Poszli później spać do swojej fury.

Ja gadałam z Niką na skypie a później dołączył Piotruś G. Mi jednak po głowie chodziło wyjście na jakieś małe piweczko. Esme i Elena poszły jednak też już spać. Dwie Niemki zbierały się do wyjścia, ale przyszli po nie apsztyfikanty, więc nie chciałam się wcinać :-) Na szczęście wrócił Max, więc zapytałam czy przypadkiem nie ma ochoty na piweczko. Pewnie, czemu nie. Chodźmy zatem.

Skończyło się na tym, że wyszliśmy niezłą ekipą. Apsztyfikanty Niemek sobie poszły. Więc ekipa była: dwie Niemki, Włoch, Natalia, Ramiro i Elusia. Niezła jak zwykle mieszanka międzynarodowa:-) Uwielbiam to:-)
Poszliśmy do Gavo Blanco. Tu w Puerto, w poniedziałki chodzi się do Gavo Blanco. Z powodu deszczu chyba, prawie nikogo nie było. Ale nam to nie przeszkadzało. Zeszło nam się do jakiejś 3 rano. Wracamy do domu i tak sobie myślę, zjadła bym coś. A tu nagle Natalia mówi, to może zrobimy jakiś makaron? Bomba!!!!

Natalia wzięła się za gotowanie a my z Ramiro i Maxem patrzyliśmy :-) Ramiro stwierdził, że bez jego skromnego udziału w przygotowaniach i tak nic by się nie udało. Co było zadaniem Ramiro? Otworzyć makaron;-)

W międzyczasie skoczyliśmy po piwko do sklepu i zasiedliśmy to trochę wczesnego śniadania na tarasie. Jedząc wpadały nam do głowy różne super pomysł na życie.
Były różne. Generalnie chodziło jak tu łatwo ustawić sobie życie. Może obrabować spożywcza obok, a może bank? Najbardziej spodobał się wszystkim plan ruszenia do Wenezueli. Tylko, że potrzebujemy auta, więc trzeba ukraść. Może zwiniemy tą furę Argentyńczyków? :-O Super pomysł!!! Ja go trochę udoskonaliłam, gdyż połączyłam z innymi super pomysłami. Generalnie wyszłam z założenia: jak kraść to miliony ;-) Czyli zwiniemy auto, podjedziemy do spożywczaka obok a przy wyjeździe z Puerto „odwiedzimy” bank:-))) Trzeba dodać, że Max to adwokat od spraw karnych - oj może się przydać jego doświadczenie ;-)

Poszliśmy spać koło 6 rano. Pobudka oczywiście późna. A jak leżałam jeszcze w łóżku usłyszałam jak Max wyszedł ze swojego pokoju do kuchni, taki jeszcze zaspany. Zobaczył w kuchni dziewczynę, stojącą tyłem, blondynka. Pomyślała zatem, że to Natalia. I mówi do niej: jedziemy do Wenezueli? Na to odwraca się blondyna do niego. Ten zdziwiony, bo to nie Natalia była, tylko Australijka, która nie uczestniczyła w naszej konspirze. Ona też zdziwiona :-))))

Wyjrzeliśmy za okno, a fury już nie było. Zaspaliśmy. Chłopaki pojechali surfować :-(

Znowu się rozpisałam. Mam jednak nadzieję, że nie za bardzo szczegółowo i nas nie zgarną za te nasze plany. Na wszelki wypadek, powiem tylko, że wszystkie postaci i miejsca zostały zmyślone ;-)

Dziś, w związku z tą późną pobudką miałam krótszy dzień. W sumie cały czas padało, więc nawet nie wychodziłam. Tylko wieczorkiem wyrwałam się na krótki spacerek.

W trakcie mojego pisania teraz cyknęli parę fotek jak tu sobie siedzimy, to za raz o nie poproszę i wrzucę. Aleks jeszcze przychodził właśnie sprawdzać czy aby na pewno jego imię pojawia się w moich wpisach, bo koniecznie chce być sławny w Polsce ;-)

Buziaki

P.S.

Dochodzi 3 rano. Postanowiłam się ewakuować na górę co by mieć szansę wstać wcześniej niż ostatnio. Na dole muzyka dalej na cały regulator. Kto by się przejmował porą. Pod oknami sąsiedniego hostelu jakieś meksykańskie przyśpiewki. U nas teraz Justin T. :-)

Dodam jeszcze, że w pewnym momencie Alex zapuścił dla mnie kawałek. Rihanna "Umbrella" :-) Już wyjaśniam dlaczego.

Już parę razy zdarzyło mi się tu w Meksyku, że ludzie aby zapamiętać moje skomplikowane ;-) imię kojarzyli je sobie z tą właśnie piosenką:

"(Ella ella, eh eh eh)
Under my umbrella
(Ella ella, eh eh eh)
Under my umbrella
(Ella ella, eh eh eh)
Under my umbrella
(Ella ella, eh eh eh, eh eh eh)"

 

środa, 01 września 2010, ela_nika

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: kostia, 188.33.144.*
2010/09/01 13:24:51
Dzięki za zdjęcia - trzeba przyzwyczajać oczy do ładnych widoków; Projekt Wenezuela odpada - dosyć już tych wojaży! Może my tu tęsknimy, co?
-
Gość: ela, 187.171.7.*
2010/09/01 17:50:06
Kostia, projekt Wenezuela na razie w zawieszeniu, szukamy bryki. Ja tu codziennie z tarasu obserwację robię, wypatruję :-)
A tak w ogóle to lepiej żebyście Wy tu przyjechali niż ja tam, tu i tu pada, ale tu przynajmniej ciepło :-)
-
Gość: Nika, 189.216.12.*
2010/09/02 19:26:00
Wspaniale się czyta o puertusiowych klimatach :))
Wklad w gotowanie w postaci otwarcia paczki makaronu - "sza-po-ba"! ten to sie ustawić potrafił ;)))
aa i tak sobie pomyslałam jak to śmiesznie jak piszesz 'jijijiji' - bo zakładam że większość naszych rodaków bloga czytających nie odczyta tego jako 'hihihihi' tylko pomyślą że jakieś puertusiowe dzwięki z siebie wydajesz ;-))))) boosko :))
Czekam na wpisy obiecane ze zwiększoną częstotliwością i sama wszem i wobec się zobowiązuje do dodania niebawem jakiegoś wpisu o pierwszym tygodniu w DF po powrocie z Polski :)
Ściskam!!