Blog > Komentarze do wpisu

Dziewczynkowa wyprawa przez Meksyk

Po dłuuugiej przerwie powracamy z relacją z naszej ostatniej wyprawy Guciem przez Meksyk!

„Guciem przez Meksyk” – czyli zbiór zasad, którymi zdroworozsądkowo należałoby się kierować w czasie podróży 5 kobitek przez Meksyk. Część z nich ustaliłyśmy sobie na początku wyprawy, a kolejne tworzyły się spontanicznie w oparciu o przygody, które spotykały nas po drodze.

O tym, dlaczego notorycznie nie przestrzegałyśmy naszych zasad i jakie wynikały z tego dla nas konsekwencje dowiecie się poniżej. Serdecznie zapraszam do lektury.

Uczestniczki wyprawy:

"Starsza młodzież": Ela, Nika i Asia - koleżanka Eli z pracy

"Młodsza młodzież": przeurocze siostry z Opola - Malwina i Dominika, które poznałyśmy na wyjeździe snowboard'owym we Francji w 2009.

Termin i trasa wyprawy:

23/09/2010 – 13/10/2010

Środek transportu:

Wypożyczony samochód osobowy. Koszt wypożyczenia: 450 pesos dziennie (ok. 100 zł)

Zasada 1: Spakuj się możliwie w mały tobołek, jeśli podróżujesz samochodem osobowym w 5 osób.

Tu należą się brawa dla Asi, która spakowała się w małą walizeczkę, a reprymenda dla najmłodszych uczestniczek wyprawy, które zabrały ze sobą dwie gigantyczne walizki, a te nijak nie zmieściłyby się do bagażnika. Koniec końców siostry zapakowały się w jedną „niunię – jak nazwały swoją walizkę, a pozostałe tobołki w określonej, codziennie powtarzanej konfiguracji dopakowałyśmy do auta.

 

Zasada nr 2: Niech będą to wakacje zorganizowane najbardziej ekonomicznie jak się da.

Ta zasada nieopatrznie została złamana już pierwszego dnia po przylocie Asi, Malwiny i Dominiki Mexico City. Chcąc zobaczyć jak młodzi Meksykanie się bawią, udałyśmy się do klubu w centrum stolicy, zarekomendowanego nam przez naszego kolegę Arturo, jako lokal sympatyczny, nowoczesny i tani. Zabawa rzeczywiście była przednia, natomiast jak przyszło do płacenia rachunku to okazało się, że 1 piwo kosztuje 100 pesos (czyli ok. 25zł)! Wróciłyśmy do domu uboższe o 1000 pesos z wyjazdowych zaskórniaków…

Nauczka na przyszłość: bierz poprawkę na rekomendacje miejscowych, a najlepiej sam spytaj o cenę zanim przystąpisz do konsumpcji. Im dalej w las, czyli im dłużej wycieczka trwała, tym łatwiej wersję oszczędną wycieczki udawało nam się utrzymać, m.in. dzięki: jedzeniu dań błyskawicznych na stacjach benzynowych, czy noclegach w hostelach, gdzie nie płaciłyśmy więcej niż równowartość 30 zł za 1 osobę.

Na drugi dzień po przylocie udałyśmy się na zwiedzanie ruin w Teotihuacán, miasta położonego na centralnym płaskowyżu, na północny wschód od Mexico City. Nazwa stanowiska pochodzi z języka nahuatl i można ją przetłumaczyć jako: miejsce, w którym ludzie stają się bogami.

(Ruiny Teotihuacán)

 

Kolejnego dnia wybrałyśmy się do wypożyczalni samochodów o intrygującej nazwie Casanova-Rent. W wypożyczalni karty kredytowe nie zadziałały – oczywiście! Jak to w Meksyku: raz coś działa, a drugi raz – niekoniecznie. Depozyt na karcie zablokowany, ale pieniędzy za wynajem pobrać nie chce. W końcu się udało i podjechał grafitowy Chevrolet Aveo.

Przystąpiłyśmy komisyjnie do pobieżnych oględzin auta – koła zapasowego i gaśnicy brak. Był z nami Sergio – meksykański współlokator Niki. Mówimy mu:

- Sergio, nie ma gaśnicy.

Sergio zafundował nam zdziwioną minę i rozpoczął przeszukiwanie bagażnika. Gaśnicy oczywiście brak.

- Przecież to Meksyk – skwitował.

I jak tu dyskutować z takim argumentem!

Za to po koło zapasowe podjechaliśmy do innego oddziału wypożyczalni i nam takowe dołożyli.

 

Zasada nr 3: Decydując się na wypożyczenie samochodu w Meksyku, sprawdź stan techniczny pojazdu. My wyszłyśmy z założenia, że skoro przekazany nam Chevrolet ma niecały rok, to nie mamy się co martwić o jego stan techniczny.

W takcie podróży jednak po kolei wychodziły na jaw mankamenty, takie jak: luz na kierownicy, niemalże brak bieżnika na oponach, słaba moc silnika (szczególnie dająca się we znaki w czasie jazdy w górach – momentami tylko jazda na jedynce wchodziła w grę), brak świateł przeciwmgielnych (!), złe ustawienie świateł mijania – inni kierowcy notorycznie świecili nam dając znaki, że jedziemy na długich, w momencie gdy taki był już ‘urok’ świateł mijania w naszym aucie (a do tego 5 osób + tobołki też robiły swoje).

Zasada niestety złamana, gdyż żadnego z wyżej wymienionych samochodowych aspektów nie sprawdzałyśmy przed podróżą.

Nieświadome jeszcze tych felerów, ruszyłyśmy w drogę na południe do Puebli.

 

Zasada nr 4: Nazywaj rzeczy po imieniu!

I nie mamy tu na myśli bynajmniej mówienia prosto z mostu. Przyjęło się bowiem na naszej wyprawie nadawanie imion towarzyszącym nas rzeczom tak, aby podróż przebiegała jeszcze bardziej sympatycznie.

I tak, dzięki jednej z ‘maglowanych’ w czasie podróży piosenek Z. Wodeckiego „Pszczółka Maja” – nasz samochód został komisyjnie ochrzczony „Gucio” – tak, żeby choć jeden ‘mężczyzna’ towarzyszył 5 dziewczynom w wyprawie.

Gdy przebywając w Tulum przypałętała się do nas psina i została z nami kilka dni – do kompletu nazwałyśmy ją: Maja.

Muzyka w długiej drodze rzecz bardzo ważna. Radia meksykańskiego na dłuższą metę nie byłyśmy w stanie słuchać, a poza tym i tak rzadko kiedy odbierało w trasie. Od wyjazdu z Mexico City do Puerto Escondido miałyśmy dwie płyty: jedną z aktualnymi hitami meksykańskimi i drugą - Hey. Chcąc nie chcąc, uczyłyśmy się ich na pamięć, aż do momentu, kiedy w Puerto Escondido dołączyli do nas: Ela, jej plecak „Lucek” oraz płyta CD od Adasia - kolegi z pracy Asi i Eli, która oczywiście została ochrzczona „Adasiowymi hitami”. Na płycie zebrane były największe hity polskiej muzyki lat 60., 70., i 80tych, m.in.: Trubadurzy, Anna Jantar, Zdzisława Sośnicka, Eleni, Czerwone Gitary, Edyta Geppert. Takie rodzime hity podczas przemierzania meksykańskich stanów brzmią bardzo egzotycznie i wspaniale się je śpiewa. Polecamy wszystkim!

KONIEC CZ.1

poniedziałek, 22 listopada 2010, ela_nika

Polecane wpisy

Komentarze
aleksanderbeu
2010/11/22 18:14:57
Gratuluję wyprawy!