Blog > Komentarze do wpisu

Dziewczynkowa wyprawa przez Meksyk_część 2

Zasada nr 5: Do dobrych rad tubylców podchodź z rezerwą. Z tą zasadą związana jest pewna prawidłowość panująca w Meksyku. Meksykanin znajdzie 40 sposobów, żeby powiedzieć ‘nie’, nie wypowiadając słowa ‘nie’.

Pytani o drogę, odpowiadają zawsze i chętnie, niekoniecznie mając pojęcie o tym, co mówią – najwidoczniej tutaj nie wypada odpowiedzieć „przepraszam, ale nie wiem” - na upartego coś wymyślają i odpowiadają udając wybitnie zorientowanego w temacie. Dlatego też pytać o drogę należy kilku osób, a wersję najczęściej się powtarzającą przyjąć można za w miarę wiarygodną informację.

Ufając tubylcom i żyjąc w przekonaniu, że na pewno nikt nie wyprowadzi nas celowo na manowce, kilka razy dałyśmy się nabrać – łamiąc zasadę nr 5. Jednak pomimo tego bez nawigacji satelitarnej, acz z mapą oraz z końcem języka za przewodnika, gubiłyśmy się w czasie tej podróży niezwykle rzadko.

Zasada nr 6: Ze względów bezpieczeństwa, nie jeździmy po zmierzchu.

Tę zasadę złamałyśmy już pierwszego dnia podróży. Wyjechałyśmy z Mexico City do Puebli i Cholula, zwiedzając ‘po japońsku’ centrum miasta, kościółek w Tonantzintla i piramidę w Cholula w zaledwie 2 godziny – bo przecież jeszcze za dnia trzeba zajechać do Oaxaca, a to ponoć 3 h drogi.

Nasze ekspresowe zwiedzanie Puebli z samochodu też zostało nam mocno utrudnione: tuż przed wjazdem na zócalo (centralny plac miasta) zajechał nam drogę radiowóz i zablokował wjazd do centrum. Jak pech to pech – postanowiłyśmy więc wyjechać z Puebli, a zócalo zwiedzić w drodze powrotnej z wakacji.

Po obiedzie w gronie meksykańskich przyjaciół, z Puebli wyjechałyśmy dopiero o godz. 19:00 i obrałyśmy kierunek na Oaxaca. Kolega dał mam wskazówki: miniecie dwie bramki autostrady, a następnie zjedźcie na drogę płatną na Oaxaca i dalej bardzo prosta droga, świetnie oznaczona. Tu ponownie złamałyśmy zasadę nr 5 i ślepo ufając wskazówkom kolegi, nie wyciągnąwszy nawet mapy, minęłyśmy jedyny – jak się potem okazało – zjazd na Oaxaca, a zaraz po drugiej bramce znalazłyśmy się w korku, który ciągnął się 24 km. Tym sposobem 1,5 h w plecy. Trudno – jedziemy dalej.

Od jakiegoś czasu widziałyśmy drogowskazy w różnych kierunkach, ale numer drogi dla każdej taki sam: 150D – niewiarygodne. I weź się tu człowieku nie zgub!  Przed nami nagle pojawia się samochód z rejestracją Veracruz, czyli stanu w Meksyku, który znajduje się w innym kierunku niż Oaxaca. W jednym momencie nasunęła się kierowcy i pilotowi ta sama myśl: „Czy my jedziemy na Veracruz, zamiast na Oaxaca? Nie, niemożliwe!” A jednak. Pytanie – co robić? Zawracamy na tą samą zakorkowaną drogę, czy jedziemy o Oaxaca na skróty górami? Krótka narada całej ekipy i decyzja – jedziemy na skróty! Widoki dookoła w czasie tej jazdy musiały być niesamowite! Ale łamiąc zasadę nie jeżdżenia po zmroku niestety podziwianie widoków nie było nam dane.

Zasada nr 7: Wybieramy tylko drogi płatne, wszędzie gdzie takowe są.

Tą zasadę złamałyśmy świadomie, próbując ominąć korek i wrócić na właściwą drogę, przez co wybrałyśmy mało uczęszczaną drogę przez góry. Tu aż się prosi dodatkowa zasada: „Dobrze się zastanów zanim zdecydujesz się na nocną przeprawę przez góry w stanie Oaxaca”. Już tłumaczę dlaczego. W Ciudad Mendoza odbiłyśmy w stronę Oaxaca. Droga stawała się coraz węższa, muld przybywało, mgła gęstniała wraz z nabieraniem wysokości, padał deszcz. W pewnym momencie na drodze zaczęły pojawiać się dziwne znaki. Dominika mówi do prowadzącej Asi:
- Tylko nie przejmuj się tymi strzałkami w przeciwną stronę na naszym pasie jezdni.
Widoczność spada do 2-3m. Jedziemy dalej. Nagle Nika czyta znak informacyjny przy drodze: „Kieruj się strzałkami na drodze”. To znaczy, że jedziemy pod prąd! Pytanie tylko, czy lokalni kierowcy te znaki przestrzegają, czy jadą tak jak im wygodniej? Trudno powiedzieć, to chyba jednak ruletka, więc ostrożnie jedziemy dalej. Pojawiają się kolejne strzałki informujące o zjeździe na przeciwległy pas ruchu, widoczność spada do 1m (!), deszcz coraz intensywniejszy, zakręty 360 stopni. Zawahanie – zawracamy czy jedziemy dalej? Na tak wąskiej drodze i przy takich warunkach zawracanie jest ryzykowne – zdecydowałyśmy ostatecznie, że jedziemy dalej… A tu nagle błyski w oddali – jeszcze burza nam potrzebna do szczęścia!
Całe i zdrowe dotarłyśmy jednak do miasteczka Tehuacan. Szukając płatnej drogi na Oaxaca, zatrzymała nas policja w ramach akcji alcoholimetro  (miejscowe zablokowanie drogi przez policję i przepuszczanie aut pojedynczo, przy otwartej szybie od strony kierowcy tak, żeby wyczuć czy jest pod wpływem alkoholu). Alcoholimetros ustawiane są zazwyczaj nocą w weekendy. I na reszcie! Droga szybkiego ruchu na Oaxaca. Dochodzi 2:00 nad ranem, wjeżdżamy na ‘autostradę’ z nadzieją, że w końcu nadgonimy stracony w górach czas, a tu jeden pas w każdą stronę – też mi autostrada… Ni stąd ni zowąd na jezdni w środku pustkowia pojawia się pieszy – kolejny argument przeciwko jeździe po zmroku.
Do Oaxaca zajechałyśmy o 4:00 nad ranem i to z przytupem – gdyż wjechałyśmy dość szybko na nieoznaczonego reduktora prędkości – w naszym slangu wycieczkowym – zwanego potocznie hopkiem. Oj niedobrze, bo tłumik nieco się chyba uszkodził, a na dodatek w tym samym momencie nasze auto zaczęły atakować wściekłe bezpańskie psy. Trąbimy a psiaki  nic. Jakaś nieprzyjazna wydaje się ta Oaxaca przy wjeździe, ale grunt,  że zajechałyśmy tu bezpiecznie.

Po noclegu w hotelu na starówce Oaxaca, zwiedziłyśmy urocze miasteczko, po czym udałyśmy się do pobliskiego Santa Maria del Tule, gdzie od ponad 2000 lat rośnie gigantyczny cyprys. Posiada on najgrubszy pień spośród drzew rosnących na Ziemi.

(Olbrzymi cyprys w Santa Maria del Tule, stan Oaxaca)

(Tradycyjny targ w Tlacolula, stan Oaxaca)


(Lokalny przysmak: chapulines, stan Oaxaca)

Zasada 8: Próbuj lokalnych smakołyków, owoców i warzyw, ale z zachowaniem ostrożności.

Nika i Ela będąc w Meksyku od stycznia wiedzą, że aby ustrzec się problemów żołądkowych, wszelkie owoce i warzywa przez spożyciem należy wymoczyć w wodzie ze specjalnym płynem odkażającym, który dostępny jest w każdym sklepie. Żeby nie pozbawić się przyjemności próbowania lokalnych specjałów, zakupiłyśmy nawet  plastikowe wiaderko do moczenia owoców – i po odkażeniu próbowałyśmy egzotycznych smakołyków w czasie całej naszej wyprawy.

Po powrocie do hostelu w Oaxaca, Malwinka z Dominiką zabrały się za przyrządzanie pierwszej samodzielnie wykonanej meksykańskiej kolacji: quesadillas z tradycyjnym pysznym serem Oaxaca.  Asia z Niką w tym czasie ruszyły w miasto w poszukiwaniu sklepu, żeby do kolacji spróbować najlepsze (według Niki) meksykańskie piwo Bohemia. Niedziela wieczór, wszystko pozamykane. Nagle przechodzi młodzieniec, któremu w plecaku ewidentnie brzęczą butelki. Pytamy, czy nie wie gdzie jest jeszcze czynny sklep – mówi, że właśnie idzie oddać butelki,  wiec ruszyłyśmy za nim, a po chwili już z Bohemią wracamy prosto na kolację – pychota.

(Kolacja w hostelu w Oaxaca. Od lewej: Malwina, Asia, Nika, Dominika)

Nazajutrz rano, przy wyjeździe z Oaxaca w stronę Puerto Escondido, zaskoczyła nas spontaniczna blokada dróg, zorganizowana przez mieszkańców. Postanowili oni w ten sposób zaprotestować przeciwko temu, że ich burmistrz nie chce dofinansować wyprawek do szkoły. Każdy z protestujących zajechał więc swoim środkiem transportu i na hura zaczęli ustawiać w poprzek ulic: samochody, autobusy, cysternę, a nawet rowery. Przepuścić nas nie chcieli, więc zawróciłyśmy w poszukiwaniu objazdu.

Jadąc z Oaxaca polecaną w przewodnikach drogą nr 175, natykałyśmy się co chwilę na brak kilkusetmetrowych odcinków jezdni: droga w przebudowie, więc kawałek asfaltu, po czym kawałek drogi piaskowej. Do tego deszcz – ale przynajmniej jedziemy za dnia. Rodzaje hopków, jakie spotykałyśmy na drodze zaczęły nas zadziwiać – pojawiły się bowiem hopki błotne, usypywane na drodze, która jest w budowie. Trudno zrozumieć nam sens usypywania tych reduktorów prędkości, skoro na takich drogach i tak nie da się jechać szybciej jak 30-40km/h.

Wreszcie zajechałyśmy nad Pacyfik, do Puerto Escondido, gdzie dołączyła do nas - stacjonująca tu od sierpnia, ostatnia uczestniczka wyprawy – Ela. Spędziłyśmy uroczy dzień nocując w hostelu Luna Rosa, gdzie Ela pomaga w jego prowadzeniu meksykańskiej koleżance.

O poranku udałyśmy się z zakupionymi w piekarni rogalikami z czekoladą i kawą na wysuniętą na północ część plaży zwaną La Punta - na śniadanko przy morskiej bryzie. Wchodząc na plażę trudno odczepiające się błoto przyczepiło się do stóp (Dominika) lub klapków (Asia, Nika, Malwina), także dodatkową atrakcją śniadanka było zeskrobywanie z klapków i stóp 1 cm warstwy błota za pomocą bambusowego patyka.

(Plaża La Punta w Puerto Escondido, Oaxaca)

Zgodnie z planem, przed południem ruszamy spod hostelu w stronę San Cristóbal de las Casas. Niestety Gucio odmówił posłuszeństwa :-(


(Gucio odmówił posłuszeństwa. Puerto Escondido,  stan Oaxaca)

Odpalamy na pych, po czym rozpoczynamy objazd kolejno po wszystkich lokalnych warsztatach samochodowych. Pierwszy mechanik przy wyjeździe z miasta – zamknięty, drugi stwierdził: „Tu trzeba elektryka”. Wróciłyśmy więc do miasta do elektryka – werdykt: wysiadł akumulator. To dość dziwne biorąc pod uwagę, że mamy nowy samochód, ale jak to pan elektryk stwierdził – akumulator jest stary. Zakupiłyśmy więc nowy, po czym podjechałyśmy jeszcze do mechanika, by sprawdził tłumik po ostatnim hopku przy wjeździe do Oaxaca. Ponoć wszystko w porządku – więc już z 3-godzinnym opóźnieniem ruszamy dalej w stronę San Cristóbal, w stanie Chiapas. Zdążyłyśmy dojechać na nocleg jedynie do portowego miasta Salina Cruz.  Zaczęło się już ściemniać, gdy wjeżdżałyśmy do Salina Cruz. W ramach rozprostowania kości, Nika odprawiła ‘taniec’, naśladując wybitnie gestykulującego starszego pana, który tłumaczył jej, gdzie znajdziemy tani hotel Del Pacifico. Hotel rzeczywiście tani – za pokój 4-osobowy w którym pomieściłyśmy się w piątkę, zapłaciłyśmy 400 pesos (ok. 100zł). Okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu. Jako, że nadszedł czas kolacji, wybrałyśmy się do sklepu, który ponoć vis-a-vis hotelu, ale wejście od naszej strony było już zamknięte, więc próbując znaleźć inne – znalazłyśmy się nagle w  bardzo ciemnych i podejrzanych uliczkach.

KONIEC CZ.2 (lecz nie ostatniej)

wtorek, 23 listopada 2010, ela_nika

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Agata, *.agus.com.pl
2010/11/24 10:10:12
no nareszcie:))) gratulacje, że się zebrałyście, bo pewnie niełatwo było:)