Blog > Komentarze do wpisu

Dziewczynkowa wyprawa przez Meksyk_część 3

Zasady nr 9: „Nie szwendaj się po zmroku, szczególnie tam gdzie nie ma ludzi” trzymamy się bez wyjątku, więc pędem przez zalane po ostatnim huraganie ulice – pobiegłyśmy z powrotem do hotelu. Wtedy w samochód i tradycyjnie do Oxxo (tutejsza sieć całodobowych sklepów pierwszej potrzeby, gdzie jest kącik kuchenny i ekspresowe dania typu zupka chińska, można samodzielnie przyrządzić). Pierwszy raz zjadłyśmy w Oxxo zalewane wrzątkiem dania makaronowe – całkiem zjadliwe, szczególnie że za 14 pesos (ok. 3.5 zł).

Bladym świtem ruszyłyśmy dalej do San Cristóbal. Po przejechaniu ok. 30 kilometrów od Salina Cruz droga nam się… skończyła. Oczywiście wcześniej żadnych ostrzeżeń – jedynie przed samą wyrwą postawiona opona, a na niej na kawałku płótna wypisana informacja „no hay paso” („brak przejazdu”).

W czasie trwającej jeszcze pory deszczowej, jedna z wezbranych rzek wyrwała akurat w naszej drodze dziurę. Gdy dopytałyśmy miejscowych taksówkarzy jak dostać się do San Cristóbal, wskazali nam płatną drogę szybkiego ruchu, której u nas na mapie w ogóle nie było!

W związku z tym doświadczeniem, zasada nr 10 brzmi: Upewnij się, że masz aktualną mapę, według której podróżujesz.

Z tą drogą szybkiego ruchu to nam się udało! Po drodze wiał bardzo silny wiatr i widać że taki tam mikroklimat, gdyż w całej okolicy porozstawiane były gigantyczne  wiatraki – kto by przypuszczał, że w Meksyku w taki sposób również pozyskuje się energię elektryczną. Na tym odcinku trasy, po raz pierwszy mijałyśmy sporo terenów zalanych po ostatnich huraganach, które nawiedziły wybrzeże Pacyfiku.

Przed przyjazdem do San Cristóbal postanowiłyśmy udać się na spływ kanionem Sumidero. Jego ściany sięgają do 1000 m wysokości, co pozwala podziwiać wspaniałą panoramę. Południowe wejście do kanionu rozpoczyna się niedaleko miasta Chiapas de Corzo, natomiast północny kończy się tamą i zbiornikiem retencyjnym hydroelektrowni Manuel Moreno Torres, znanym także jako Chicoasén. Kanion jest rezultatem uskoku tektonicznego jaki miał miejsce w plejstocenie. Jest jedną z największych atrakcji turystycznych w stanie Chiapas. Zamieszkuje go wiele zwierząt, w tym krokodyle. W związku z tym, że w czasie naszego spływu kanionem było pochmurnie, krokodyle nie wygrzewały się na słońcu i nie udało nam się ich zobaczyć.

(Kanion Sumidero, stan Chiapas)

(Kanion Sumidero, stan Chiapas)

Po południu ruszyłyśmy dalej w stronę San Cristóbal, śpiewając ‘Adasiowe hity’ (tym razem prym wiodły przeboje Majki Jeżowskiej oraz „Mydełko Fa” w wykonaniu Marka Kondrata). W Tuxtla Gutierrez – stolicy stanu Chiapas - nieco się pogubiłyśmy i godzinę straciłyśmy na wyjazd – wszyscy, których pytamy o drogę, tradycyjnie już odpowiadają nam „toooodo derecho!”, czyli ‘cały czas prosto’ ;-)

Końcowy odcinek drogi do San Cristóbal przywitał nas gęstą mgłą, także światła awaryjne włączone i cała załoga Gucia – wspierając kierowcę - wyszukiwała środkowej linii na jezdni, żeby móc posuwać się bezpiecznie na przód.

San Cristóbal de las Casas to miasto położone w centralnej części stanu Chiapas, stolica kulturalna stanu i jedno z najpiękniejszych miast Meksyku. Przez meksykańskie ministerstwo turystyki nazywane "Magiczną Wsią". Górzyste okolice miasta zamieszkane są głównie przez miejscowych Indian, pierwotnych mieszkańców tych ziem. Mieszkają oni w małych wioskach, położonych wysoko w górach, posługując się swoimi językami, głównie tzotzil i tzeltal, należących do języków majańskich. Znajomość hiszpańskiego wśród Indian nie jest rzeczą oczywistą, lecz większość z nich zna ten, zdawałoby się ojczysty język.

(San Cristóbal de las Casas, stan Chiapas)

W San Cristóbal zakotwiczyłyśmy w bardzo klimatycznym hostelu, choć kompletnie nieoznaczonym. Wieczorem udałyśmy się na spacerek do centrum (10 min) i na zupkę w knajpce Calderó, którą poleciła Eli koleżanka z San Cristóbal. Ela zrozumiała, że knajpka nazywa się ‘Calderon’ – a to, z kolei, nazwisko aktualnego prezydenta Meksyku – więc jak pytałyśmy tubylców, jak dojść do Calderon’a to serdecznie, acz pobłażliwie się uśmiechali.

Na drugi dzień przechadzałyśmy się po San Cristóbal podziwiając centrum miasta za dnia, zobaczyłyśmy też typowy targ, na którym zajadałyśmy się tacos’ami na śniadanie, a następnie wyjechałyśmy do typowej wioski indiańskiej Chamula. Z ukrycia udało się zrobić kilka zdjęć, gdyż ostrzeżono nas, że Indianie z tych stron nie tolerują, gdy się ich fotografuje – stają się wręcz agresywni. Miałyśmy okazję się o tym przekonać, gdy pewien Indianin ochlapał Malwinę wodą z kałuży za to tylko, że chciała zrobić zdjęcie kościoła z zewnątrz (można było wejść do środka, ale trzeba zapłacić 20 pesos od osoby – nasz wariant ekonomiczny takich rozwiązań nie przewiduje).

W międzyczasie tutejsze dzieci: Juan i Teresita chodzili za nami po placu centralnym wioski oferując nam ręcznie wykonane ozdoby – pokupowałyśmy od nich paski i bransoletki, a następnie – żeby nie dawać im pieniędzy, o które proszą – postawiłyśmy im tacos’y na lunch.

(Indianie z wioski Chamula, stan Chiapas)

Z Chamula ruszyłyśmy w stronę ruin w Palenque, zatrzymując się po drodze przy magicznych wodospadach Agua Azul (tłum.: Niebieska Woda). Jest to ciąg około 500 niewielkich pojedynczych wodospadów w północnej części meksykańskiego stanu Chiapas. Obszar ten jest chroniony w ramach tzw. Specjalnego Rezerwatu Biosfery. Woda (co do zasady i zgodnie z nazwą) ma wyjątkowy, niebieskawy odcień z powodu dużej zawartości minerałów, które osadzają się także na kamieniach i pniach drzew. Przy wjeździe na teren wodospadów zatrzymali nas zapatyści, czyli zbrojna grupa Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego działająca w stanie Chiapas, która swe funkcjonowanie opiera głównie na poparciu ludności miejscowej, składającej się w dużej części z Indian. Zapatyści pobrali pierwszą opłatę, a 200 m dalej musiałyśmy uiścić kolejną – tym razem oficjalną rządową.

Agua Azul, w czasie naszej wizyty, z niebieską miała niewiele wspólnego: przez ostatnie opady i huragany, woda stała się  mętna i brązowa. Mogłyśmy sobie tylko wyobrazić, jak pięknie prezentują się te kaskady w porze suchej.

(Wodospady Agua Azul, stan Chiapas)

Na parkingu w Agua Azul spotkałyśmy pierwszego w czasie naszej podróży rodaka. Jako, że jechaliśmy w przeciwnych kierunkach, wymieniliśmy się informacjami odnośnie noclegów i stanu dróg.

Na wieczór zajechałyśmy do Palenque. Przystąpiłyśmy do szukania hostelu, w którym przed 2 miesiącami nocowała nasza koleżanka i który wyjątkowo polecała. Sęk w tym, że nie pamiętała nazwy hostelu - opisała go tylko jako budynek w dżungli wybudowany w stylu domu z filmu „Pożegnanie z Afryką” - nie wiem jakim cudem, ale trafiłyśmy. Piękny obszerny hostel (dla zainteresowanych nazywa się YaxKin), położony jest rzeczywiście na skraju dżungli.

(Hostel YaxKin w Palenque, stan Chiapas)

(Taras restauracji przy Hostelu YaxKin w Palenque, stan Chiapas)

Po wymarzonej kąpieli po kolejnym dniu podróży, udałyśmy się do hostelowej restauracji na tarasie i w pięknym otoczeniu, przy akompaniamencie muzyki na żywo, zjadłyśmy wyśmienitą kolację (pescadillas – czyli tortille podane z grillowaną rybą i szpinakiem). W podzięce za miłą obsługę zaprosiłyśmy kolegów z obsługi hostelu na wściekłego psa, czyli shot'a z wódki, soku malinowego i sosu tabasco. Komisyjnie orzekłyśmy jednak, że szkoda marnować bezcenny w Meksyku sok malinowy na tubylców, gdyż oni twierdzą, że smakuje jak syrop na kaszel.

Stąd i kolejna zasada nr 11: Przywiezione z Polski smakołyki pałaszuj samodzielnie, zamiast dzielić się z tubylcami, gdyż ci nie potrafią docenić smaku soku malinowego, smalcu czy polskiego chleba – według nich smakuje jak stare pieczywo i do tego zbyt kwaśne.
Po obfitym śniadaniu i przygotowaniu kanapek na dalszą drogę – ruszamy na ruiny Majów, które znajdują w odległości ok. 7 km od Palenque. Ruiny odkryto w 1746 r. Największy rozkwit tego miasta Majów przypadał na okres od połowy VII do końca VIII wieku. Budowle położone w dżungli prezentują się pięknie i majestatycznie.

(Ruiny Majów w Palenque, stan Chiapas)

(Ruiny Majów w Palenque, stan Chiapas)

Po wykonaniu tradycyjnie kilkuset zdjęć, wyruszyłyśmy w dalszą drogę – tym razem pod granicę z Belize. Do meksykańskiego miasteczka Chetumal zajechałyśmy już na wieczór, gdzie zakwaterowałyśmy się w tanim, choć centralnie położonym hotelu Brasilia.

Zaplanowałyśmy, że na drugi dzień wszystkie jedziemy do Belize, do miasteczka Corozal, i wracamy na wieczór do Chetumal. Jak się okazało,  Malwina i Dominika przezornie schowały karteczki migracyjne, które dostały do paszportu przy wjeździe do Meksyku – tak żeby ich nie zgubić. Problem w tym, że schowały je u Niki w pokoju w Mexico City! Bez karteczek niestety z kraju nie wyjedziemy. Ela do Belize, chcąc nie chcąc, musi wyjechać, gdyż nazajutrz mija 6 miesięcy od jej wjazdu do Meksyku, co jest równoznaczne z terminem ważności jej wizy wjazdowej.

Funkcjonariusz w biurze migracyjnym zaczął robić problemy: że Ela musi podatek wyjazdowy zapłacić w banku za rogiem i nie przyjmuje do wiadomości naszego argumentu, że chętnie byśmy zapłaciły, gdyby nie to, że bank zamknięty! Jest sobota popołudniu – jutro niedziela, więc tym bardziej podatku nie zapłaci. Nagle funkcjonariusz przyjmuje inną strategię i oświadcza, że Ela musi zapłacić 200 dolarów władzom belizyjskim i zostać tam co najmniej 72 h, jeśli chce tylko wyjechać i wjechać po to, by odnowić wizę. Po kolejnych 5 minutach, pan jednak stwierdza, że w sumie to Ela spędziła już ponad 6 miesięcy w Meksyku, w związku z czym na kolejne 6 miesięcy z Meksyku musi wyjechać – i jego nie obchodzi dokąd.  Nagle przypałętał się jakiś lokalny szczerbaty pan i ciągnie mnie za rękaw tłumacząc, że on nam pomoże problem rozwiązać.

KONIEC CZ.3

piątek, 26 listopada 2010, ela_nika

Polecane wpisy