RSS
sobota, 30 stycznia 2010

Witajcie!! :)

Nadmienie tylko na poczatku, ze znowu kolo mnie w kafejce internetowej siedzi ten amstaf z rozancem na szyi.. Wybaczcie ale nie smiem fotografowac bo to amstaf badz co badz, a do tego pani jego srednio zrownowazona sie wydaje... uwierzcie na slowo honoru ze widok przedni :)

Dzis ostatni dzien w Puerto Escondido. Trzeba przyznac, ze wypoczynek niesamowity za nami, a przed nami jeszcze dni kilka  -ale to juz bardziej w ruchu. Za 2h mamy autobus do Acapulco.

Ale po kolei. Rano zabralysmy sie nieco za pakowanie, a nastepnie dyndalysmy sobie na hamakach w hostelu czekajac az pojawi sie Elena - nowa wlacicielka, co by ustalic szczegoly platnosci, wymeldowania itd. Jak sie okazalo zarowno dotychczasowa wlascicielka - Esperanza, jak i Elena wyszly zalatwic formalnosci przekazania lokalu. Jak sie okazalo niepredko wrocily, za to w hostelu zaczal sie w tym czasie spory ruch. Jako ze nikogo z domownikow nie bylo: ani mieszkancow, ani Eleny, ani Esperanzy, ani nawet naszej sasiadki - Esmeraldy :))),  a my juz tu dlugo stazem, to poczulysmy sie jak gospodynie i po kolei otwieralysmy pukajacym: przyszla amerykanka i tak zachwalilysmy ze zostala; przyszla kolejna chyba gringa szukajaca pracy - tosmy ja odeslaly zeby przyszla pozniej, przyszla jakas kobiecina przedstawiajaca sie jako Pati  (lokalna) i szukala kogos - tosmy tego kogos znalazly.. i tak nie bylo konca wizytom.

ok 14stej stracilysmy nadzieje na powrot wlascicielek i poszlysmy na plaze do zaprzyjaznionej knajpki. Kapiel w oceanie byla przednia - fale raz wciagaja cie w glab oceanu, a zaraz potem turlaja cie spowrotem do brzegu - za kazdym razem warto sprawdzic czy majtki sa na swoim miejcu :) wiec wyobrazacie sobie ze sile to ta woda ma, oj ma :)

Po zachodzie slonca zrobilismy sobie serie pozegnalnych zdjec z obsluga, po czym postawili nam rozchodniaczka, czyli po szocie mezcala - czyli tutejszej wodki.

Na wieczor objadlysmy sie jak baki w knajpce Cabo Blanco poleconej nam przez pewna finke (finow tu jak mrowkow ostatnio, choc liczebnie gringosow - czyli amerykanow - nie przebija): piwko, zupka, enchiladas z kurczakiem i ciasteczko cytrynowe - wszystko za 60pesos (ok 12 zl)

A tak poza tym to od powrotu z plazy wiec juz od kilku dobrych godzin probujemy namierzyc ktoras z wlascicielek zeby zaplacic - i bez skutku! dopiero jak tu do kafejki pedzilysmy to wpadlysmy na Esperanze, jak pila w bramie piwko ze znajomymi (ale to nie taka brama jak u nas tylko takie bardziej podworko i tu taki zwyczaj ze ludzie na ulice, podworka wychodza jak sie wieczorem chlodniej robi)

No to pedzimy na busa - Acapulco.. here we come!! :)

 

05:25, ela_nika
Link Komentarze (6) »
piątek, 29 stycznia 2010

Czesc i czolem!!!

Wyznam na poczatku (Nika) ze az mi glupio ze tak opowiadamy i opowiadamy i zadnej dokumentacji fotograficznej smy nie zamiescily jeszcze - az sie tu sluchy zaczely ze istnieje podejrzenie ze ten wyjazd to moze sciema i zaszylysmy sie gdzies w Warszawie i wymyslamy jak tu pieknie :)  Z tego miejsca pragne sie zobowiazac ze jak tylko bedzie techniczna mozliwosc zamieszczenia zdjec to natychmiast to uczynimy! (pewnie w przyszlym tygodniu).

A teraz do rzeczy. Dzis wstalysmy skoro-blady-swit bo o 6:30 i po sniadanu na tarasie przy wschodzie slonca, ruszylysmy w strone Laguny Chacahua: najpierw taksowka na umowione skrzyzowanie ulic, potem ze skrzyzowania busikiem do Rio Grande, potem taksowka colectivo (to ma znaczenie - wyjasnimy pozniej) do Zapotalito, potem lodka z motorkiem przez jeziora na Lagune - ufff. Dotarlysmy tam po ok 2 h od wymarszu z domu.

Laguna pieeekna!! zar sie z nieba leje, surferzy surfuja, ptaki przerozniaste sie paletaja - glownie pelikany i takie a´la-czaple, ludzi malo - ale! pierwszy raz uslyszalysmy polski glos. Odwracamy sie a tu dwie dziewczyny, ktore 16go stycznia przylecialy do Mexico i kojarzylysmy siebie na wzajem z lotniska, a dokladnie z dlugasnej kolejki do kontroli paszportowej  :) takze pogadalysmy sobie troszeczke i poszlysmy dalej sie przechadzac w tych przepieknych okolicznosciach przyrody.

 

Jak wracalysmy z Laguny to podjechala taksowka colectivo z... 8ma pasazerami na pokladzie (a samochod normalny 5-osobowy..). I facet sie zatrzymuje i mowi: Wskakujcie i bagaznik otwiera. Troche zbaranialysmy i krzyczymy ze my to tam nie ze sie nie zmiescimy - ale okazalo sie ze czesc zalogi tu wysiada wiec dopchalysmy sie do srodka. To jest wlasnie colectivo: jedzie sobie taxi i zbiera wszystkich po drodze ktorzy jada w tym samym kierunku. To ze na przednim siedzieniu pasazera siedza 2 osoby to norma, reszta sobie na kolanach tudziez pougniatana na tylnej kanapie - pelny folklor :))

Jak juz jestesmy przy temacie transportu - tu na drogach poza miastem , gdy zbliza sie jakas miejscowosc i jest ograniczenie predkosci to oprocz znaku zawsze stawiaja topes  czyli lezacych policjantow. Widac taka przypadlosc tego narodu ze z przepisow niewiele sobie robi i gdyby byl sam znaczek to by nic nie poskutkowal tak wiec buduja i wymuszaja co by jeden z drugim przyhamowal ;)

Widzielismy tez w Mexico DF kierowce autobusu miejskiego z dzieckiem ok 2letnim na kolanach i to dziecko kierownice trzymalo... gdzie tu jakies przepisy bezpieczenstwa?! ;)

 

Dzis przyjechala do hostelu nowa wlascicielka - nasza mniej wiecej rownolatka z .. Puebli rodem :) Po 8 latach podrozy po swiecie calym postanowila osiasc i hostel poprowadzic bo uwielbia plaze i surfowanie :) jako ze dzis przejmuje to miejsce oficjalnie to postanowlysmy razem z nia to uczcic - takze zabieramy sie z kafejki i idziemy do Eleny. Aaa wlasnie, Elena mowi, ze bedzie to teraz ciagnac sama bo z pieniedzmi na zatrudnienie ludzi poki co krucho. Ale jakbysmy znaly kogos z Polski np kto chcialby przyjechac i za nocleg i jedzenie pomoc jej w interesie to ona z mila checia przyjmie :) tak wiec przekazujemy ku rozwazeniu ;)

Jutro dzien ostatni w Puerto Escondido i wieczorem ruszamy do.. ACAPULCO!

Cudownego dnia zyczymy i sciskamy!

 

02:52, ela_nika
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 stycznia 2010

Hej ho, hej ho, hej ho :-)

My wciaz w Puerto Escondido :-) Oj trudno nam stad wyjechac. Poza tym okazalo sie, ze w poniedzialek jest swieto flagi w Meksyku (wlasciwie to jest piatego, ale swietowanie i dzien wolny jest w najblizszy poniedzialek) i w fundacji mamy byc dopiero we wtorek, czyli mam dzien wakacji wiecej :-)))

Dzis dzien zaczal sie jak wczoraj, sniadankiem na tarasie naszego babskiego hostelu :-) hostel jest sympatyczny, to najlepsze okreslenie.

Po sniadaniu, nasmarowane nowym kremem, bo chyba wczoraj nie dopisalysmy, ze dostalam (Ela) jakiejs wysypki i farmaceutka stwierdzila, ze to chyba od kremu do opalania, ktory stosowalysmy :-) coz kupilysmy to co mieli w sklepiku w Mazunte, krem lezal obok wodki Wyborowej, ktora tu jest w wiekszosci sklepow, i obok innych produktow pierwszej potrzeby.

Ja postanowilam dzis siedziec w cieniu, czyli na lezaczku pod palmowym daszkiem :-) Nika dzielnie nabywala opalenizny w tej spiekocie. Oj mowie, Wam ciezka to robota zeby w koncu byc brazowa ;-)

Oczywiscie czas plazowania spedzilysmy w knajpce u Julia i Hectora.

I tu chyba dobre miejsce na opis przyrody. Magda especially for you ;-) plaza ma szerokosc okolo 50 metrow, a zeby do niej dojsc przechodzimy na druga strone ulicy i juz :-) wzdluz plazy od strony ulicy sa baro-restauracje jedna za druga. Przed kazda z nich na plazy wystawione sa lezaki z materacami i parasole co by cienia mozna bylo troche miec. U ¨nas¨na przyklad nie ma typowych parasoli tylko na balu taki daszek okragly pokryty liscmi palmowymi :-) oczywiscie plaze od ulicy oddziela szpaler palm; teraz na plazy nie jest tloczno, na piasku wlasciwie nikt nie lezy; plaza jest piaszczysta - piasek jasny :-) no i ocean:-) do puerto Escondido przyjezdza wielu serferow, podobno sa tu dobre fale; z tego co wiedze to w jednej czesci plazy sa mniejsze a w drugiej wieksze - okolo 2-3 metry; podobno najwieksze sa w sierpniu i we wrzesniu :-) oczywiscie wiele razy juz nam proponowano lekcje surfingu ale poki co nie zdecydowalysmy sie i wydaje mi sie, ze mimo ciekawosci na razie sobie odpuscimy:-)

plazowanie konczylysmy dzis wczesniej poszlysmy obejzec miasto; miasteczko jak miasteczko - szalu ni ma; nie ma tu rynku czy jakiegos konkretnego centrum, zycie kresi sie wokol plazy glownie;

dzis na obiad zjadlysmy zupe z owocow morza; byla tak gesta we wszytskie te stworzonka morskie, ze ewentualne drugie danie odposcilysmy sobie (koszt: 75 pesos, czyli jakies 17 zlotych); wogole wyliczylysmy dzis, ze od wyjazdy z Mexico City do teraz, nie liczac noclegu w Puerto wydalysmy po 500 zl na osobe, gdzie raczej nie ograniczamy sie :-) takze wydaje mi sie, ze niezle ;-)

jutro pobudke planujemy raniutko 6-7 i jedziemy do parku narodowego ok 40 km od Puerto, podziwiac lagune i wszelkie ptactwo i takie tam :-)

buziole i do jutra

p.s.

witamy nowych komentatorow i wszystkim dziekujemy za wpisy - ogromna to dla nas radocha moc je czytac :-)

 

03:57, ela_nika
Link Komentarze (5) »
środa, 27 stycznia 2010

echhhh zeby nie bylo ze jest tak pieknie - dopadla nas wlasnie zlosliwosc rzeczy martwych.. a mianowicie w momencie klikniecia calej dlugasnej dzisiejszej notatki dla Was, caly tekst szlag trafil - nie tylko tekst bo i nas tez w zwiazku z tym!!

wiec skoro mamy czas to zaczynamy od nowa........... :/

Po pierwszym samodzielnie przygotowanym sniadaniu w Meksyku (bulki, dzem, maslo orzechowe i rumianek - bo czarnej dobrej herbaty to w tym kraju nie uswiadczysz..) ruszylysmy na plaze, tj przemiescilysmy sie jakies 50m.

zbunkrowalysmy sie w plazowej knajpce u Julia i Hectora - ktorzy regularnie przychodzili z nami pogadac i sprawdzic czy nic nam do szczescia nie brakowalo. A jak brakowalo to przynosili: piwo Sol z limonka, pinacolade, przesuwali nasze lezaki wedle naszego widzi mi sie (era hamakow chwilowo zawieszona) - jednym slowem kochane chlopaki (ale nie do zakochania ;)

I tak nam minal dzien na: lezeniu na sloncu, lezeniu w cieniu, lezeniu na sloncu, lezeniu w cieniu, spacerach po plazy, sesjach fotograficznych, czytaniu, sluchaniu muzyki reagge, patrzeniu w sina dal (oceaniczna).

a tak w ogole to siedzimy sobie teraz w kafejce internetowej a pod nogami paleta nam sie amstaf z... rozancem na szyi. Wszak to bardzo katolicki kraj - szczegolnie jesli chodzi o wszechobecne symbole: w taksowce srednio 7 krzyzy, 3 Matki Boskie i kilka rozancow, podobnie w knajpach, sklepach, na dworcach - w zasadzie wszedzie.

sciskamy i idziemy odpoczywac co by zebrac sil na kolejny dzien w uroczym Puerto Escondido :)

03:45, ela_nika
Link Komentarze (11) »
wtorek, 26 stycznia 2010

Hola amigas y amigos :-)

Poranek dnia dzisiejszego, tj. 25 stycznia 2009, spedzilysmy na plazy. Pobutke zarzadzilysmy na 8 i czym predzej pomaszerowalysmy na plaze. Niestety sloneczko bylo rano w slabszym humorze, wiec pozostalo nam dyndanie na hamaku, co nie ukrywam jest ostatnio naszym ulubionym zajeciem :-)

ale zapomnialabym, w nocy nie odbylo sie bez przezyc;

jeszcze mala dygresja, w naszym hoteliku restauracja byla nieczynna , wiec na wieczorny posilek pomaszerowalysmy do wspomnianego przez amerykanke, na ktora napatoczylysmy sie po przyjezdzie do Mazunte, Balam Juyuc (co oznacza jak sie pozniej okazalo - wzgorze jaguara). Balam Juyuc sasiaduje z Alta Mira, czyli naszym hotelikiem, ale jest bardziej hippisowskie;

tam wieczor wlasnie sie rozpoczynal i wlasciciel - Emilio zaprosil nas abysmy dolaczyly do reszty, czyli meksykanki ze szwajcarem, ktorzy za pare tygodni biora slub w meksyku, ´naszej´ amerykanki i finki; wieczor bardzo udany ;-) meksykanka wspomniala nam, ze kobiety w meksyku mozna podzielic na trzy grupy. nie pamietam tych dwoch najnizszych, ale ta najwyzsza to ´fresy´, czyli truskawki. jak sie dowiedzieli, ze mieszkamy w alta mira to stwierdzili zartobliwie, ze jestesmy fresy, czyli biale, bogate, co to gardza czarnymi. i tu bym sie nie zgodzila, ale cos z fresy w sobie na pewno mamy :-)

po powrocie z kolacji poszlysmy spac, ale ja (Ela), co jak wiecie mi sie nie zdarza, mialam problemy z usnieciem w tym miejscu. te wszystkie dzwieki z zewnatrz nie dawaly mi zasnac, ciagle balam sie, ze pewnie ktos za raz sie wlamie. i niestety na nieszczescie Niki nie moglam juz sama w tym starchu wytrzymac, wiec mimo powstrzymywania sie zbudzilam ja. i dwie zaczelysmy nasluchiwac tych szmerow i szurow i gwizdow. oczywiscie rano obudzilysmy sie, jak kazdego dnia, cale i zdrowe, a te szury to przyroda dookola ;-))

generalnie pol dnia spedzilysmy jeszcze w Mazunte i kolo 13 zebralysmy sie w droge do Puerto Escondido. Bardzo chcialysmy sprobowac nowego srodka lokomocji jakim jest camioneta (wszyscy razem jedziemy na pace). zlapalysmy taka camionete, usadowilysmy sie i wowczas zobaczylam przerazenie w oczach Niki - na przeciwko siedzial ten pijaczk z wczorajszej mszy :-))) Kostia, on nie mial wasow!! w sumie bardziej ´krecil´ sie kolo Niki, wiec to oczywiste :-)))

pozniej jako rasowe ´fresy´ wzielysmy z innymi podroznymi taxi i dojechalismy do Puerto. Po przejsciu kilku hoteli stwierdzilysmy, ze nie ma sensu za nie tyle placic, bo szalu ni ma, i ostatecznie wyladowalysmy w hostelu dla kobiet ´Rozowy ksiezyc´ :-))) (dla zainteresowanych koszt 100 pesos od osoby = 23 zl za miejsce w pokoku wieloosobowym. w hotelach bylo po 100-200 zl za pokoj. w alta mita w Mazunte placilysmy 90 zl za caly domek i warunki byly duzo fajniejsze).

po zakwaterowaniu udalysmy sie na plaze; jest inna niz w Mazunte, mi osobiscie bardziej sie podoba bo jest wieksza i czysta; i tak sie tam podelektowalysmy okolicznosciami przyrody jedzac lokalne pysznosci (guacamole =przepyszna papka z avocado, pomidorkiem, cebulka, kolendra, a do tego tacosy; a na kolacje rybka i owoce morza);

usciski :-)

p.s.

aktywnym komentatorom wielkie dzieki, ale przeraza nas spadek i ogolnej ilosci komentarzy :-((

 

 

04:32, ela_nika
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Kochani, sorki ze piszemy dziwnymi literkami - przynajmniej takie nam sie tu pokazuja - ale piszemy z wyjatkowej dziury wydaje sie.. Na wstepie wielkie dzieki za wszystkie komentarze - czekamy na wiecej, zeby nie bylo ze tylko my produkujemy sie regularnie. Chcemy wiedziec co u Was slychac i o czym chcielibyscie zebysmy pisaly - jestesmy otwarte na wszelkie uwagi. Dzis krotko - chcialysmy pisac o tutejszym jedzeniu, ale zostalysmy solidnie zniesmaczone.. Dzisiejszy dzien uplynal pod znakiem bimbania na hamaku wsrod pelikanow, drepczacych krabow i wszechobecnego goraca.
niedziela, 24 stycznia 2010
Halo halo!! Wczoraj nadawalysmy z kafejki jarmarcznej, miedzy kurakami w Oaxaca. Dzis nadajemy z kafejki w wiosce co sie zowie Mazunte. Tak sie zastanawialysmy jak Wam opisac to co tu zastalysmy i stwierdzilysmy, ze jesli ktos z Was ma dosc sniegow i mrozu, to moze jednak powinien przed przeczytaniem ponizszego tekstu skonsultowac sie z lekarzem lub farmaceuta - co by cisnienie nie skoczylo za bardzo.. :)
piątek, 22 stycznia 2010
Witajcie po przerwie za ktora przepraszamy i juz sie poprawiamy :) W telegraficznym skocie ostatnie 4 dni.. 18 stycznia - Mexico City (DF). Samodzielne szwedanie sie po miescie wyszlo nam calkiem znosnie. Obejrzalysmy tego kolosa z najwyzszego budynku w miescie - Torre Latinoamericana. Nastepnie udalysmy sie na el spacero po zaulkach starego miasta, nos poprowadzil nas do tego stopnia az znalazlysmy sie w miejscu gdzie krecona byla trzymajaca nas przez ostatnie miesiace w napieciu Marichuy (wtajemniczeni wiedza o co chodzi :) - alez przezycie! a to dopiero poczatek emocji.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Witoojcie :) Dziś ruszyliśmy na śniadanie z Pablo i Loreną bladym świtem bo około południa do restauracji w 'centro historico': enchiladas pysznościowe.
niedziela, 17 stycznia 2010
No i udało się - jesteśmy na miejscu :-) Wciąż jakoś to do nas nie dociera, że tu jesteśmy a do tego nie ma tu śniegu i można chodzić w trampkach i lekkiej kurteczce :-) choć żeby nie było, jest ciut chłodno ale to nic w porównaniu z ostatnimi temperaturami w Polsce.
 
1 , 2
| < Styczeń 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31